Kotor, czyli gorączka tri mocy

Kotor, czyli gorączka tri mocy

Połówka IRONMANA to dystans z jakim przyszło nam się zmierzyć podczas pierwszego w tym sezonie startu w zawodach triathlonowych.

Decyzja, że będzie to Kotor – przepiękne, pełne śródziemnomorskiego klimatu miasto w Czarnogórze z bogatą historią, cudowną lokalizacją, wspaniałą spokojną zatoką z czystą jak kryształ, ciepłą jak na początek maja wodą  – zapadła jeszcze w zeszłym roku. Dla inicjatora pomysłu, że jedziemy właśnie tam  – Kuby Żmudziejewskiego, rocznik 1989, dzień urodzenia 13 maja 😉 oraz drugiego uczestnika – Maćka Naziębło rocznik 1979 dzień urodzenia 13 maja 😉 start był urodzinowym prezentem.

W myśl zasady, że każdy triathlonista to egoista Panowie zafundowali sobie właśnie tę perełkę – wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO Kotor, czyli po polsku „gorąco”.  Trzecim startującym muszkieterem WMtriself teamu miał być Wojtek Mazurkiewicz, którego ze startu wykluczyła przykra kontuzja kolana. „Jak do niej mogło dojść na tydzień przed startem…” mina Wojtka mówiła wszystko, widać było, że sam do końca nie rozumie jak to się stało. Miał być PB ½ IM, a jest zastępca – Górniś, dziwak triathlonowy, który pierwszy raz w życiu wsiadł na rower czasowy. Ale po kolei.

JAZDA

Opóźniony o 2,5 h nie wróżył niczego dobrego. Nocna jazda przez Słowację, poranek na Węgrzech, południe – granica z Bośnią i Hercegowiną. Czas stanął tam w miejscu. Polska z wczesnych lat 90. Sznurek samochodów do granicy, setki mrówek, znudzeni i senni celnicy, pobudzeni znienacka widokiem ekipy podróżników z Polski. Nie robili kłopotów.

Mijamy Bośnię I Hercegowinę – nienaturalny twór, państwo złożone z autonomicznych jednostek administracyjnych – Federacji Bośni i Hercegowiny oraz Republiki Serbskiej, powstałe w 1992 roku po wyniszczającej wojnie domowej, której efekty widoczne są po dzień dzisiejszy (porzucone i splądrowane do gołych murów domy, ślady po pociskach, trudno wyczuwalne napięcie i marazm). Jednak im dalej na południe tym piękniej. Dojeżdżamy do Mostaru, tam krótkie zwiedzanie miasta – jednej z bałkańskich perełek.

Jedziemy dalej – przed nami pasmo gór, w których Wojtek czuje się jak ryba w wodzie. Pruje dziewięcioosobowym fordem niczym Robert Kubica, wkurzony jak on, wie, tak jak on, że jest najlepszy, jednak los nie daje im obu pełnych szans na start. Przekraczamy górską granicę Bośni z Czarnogórą. Celnik zaskoczony naszym widokiem, w przeciwieństwie do wielkich tłustych kotów leniwie wygrzewających się na parapecie. Ruch turystyczny idzie zazwyczaj autostradą przez Chorwację. – Kuda? pyta. Kotor – odpowiadamy, zawody triathlonowe. Kiwa głową, że wie o co chodzi. Koty nie reagują.

Jedziemy dalej po śliskich, wąskich, pełnych zakrętów górskich drogach do celu, gdy nagle kilka kilometrów przed metą wpadamy na radiowóz policyjny za którym ciągną jak szalone samochody wyścigowe. O co kaman? Pomyliliśmy drogę i znaleźliśmy się na torze wyścigowym? Krótka konsternacją i strach, czy nas nie rozjadą. Okazuje się, że to tylko objazd trasy przed zawodami jakiejś lokalnej formuły X.

KOTOR

Wieczór. Docieramy na miejsce. Pod ogromnym wrażeniem miasta. Wąskie na dwa trzy metry, stare jak tutejsza cywilizacja uliczki, ciepłe powietrze, zapach morza, dziesiątki knajp i kotów leniwie szukających pożywienia. Mieszanka kultur i języków. Bajka. W jednej z knajp jemy kolację i idziemy odespać podróż. Dzisiaj już nie będzie zaplanowanego lekkiego rozruchu na rowerach.

Sobotni ranek budzi nas wspaniałą, śródziemnomorską pogodą. Piękne słonce, lekka bryza od strony zatoki, ciepło ale nie gorąco, komfortowo. Idziemy na śniadanie. Spotykamy pierwsze grupy zawodników. Węgrzy jedzą na potęgę, popijając pierwszy poranny posiłek… piwem. Jakoś od razu poczułem do nich miętę 🙂 . Włosi w swoim stylu – delikatne, typowo kontynentalne, nie przejadają się zanadto.

Krótki spacer po uliczkach Kotoru i idziemy odebrać pakiety startowe. Towarzyszą nam koty, dziesiątki kotów, które zalegają wszędzie gdzie tylko można i mają w nosie pełne turystów ulice. Wydaje się ze każda tutejsza knajpa lub sklep z pamiątkami ma swój oddział kotów. Koty pilnują swoich rewirów, pełna symbioza i porządek.

 

 

Odprawa w miejscu gdzie dzień wcześniej odbyła się wspaniała impreza powitalna (niestety zapomnieliśmy o niej, a z opowieści wiemy, ze było obficie 😉 przebiega sprawnie. Igor – organizator zawodów zapewnia, że trasa rowerowa będzie zamknięta dla ruchu samochodowego i z rozbrajającym uśmiechem dodaje; „ale pamiętajcie, ze to jest Czarnogóra…” Tym stwierdzeniem wzbudza gromki śmiech wśród licznie zgromadzonych zawodników. Robi się swojsko  skąd my to znamy ;)…?

 

Po odprawie trener zarządza krótki rekonesans kolarski po fragmencie trasy jutrzejszych zawodów. Jedziemy – droga bardzo urokliwa wzdłóż nabrzeża z cudownymi widokami na zatokę. Szybka, ale – jak się okazało podczas zawodów jednak z dwoma – 7 proc podjazdami, które mocno spowolniły rowerowe tempo. Po powrocie zostaje nam 2 h, aby pozostawić rower w strefie zmian. Wszystko idzie gładko, zbyt gładko, do czasu, gdy jakiś tutejszy, kotorski chochlik postanawia z nami zagrać w berka.

Biorę rower. Szytka nie trzyma powietrza. Idziemy dopompować – łamiemy wentyl, idziemy do serwisu. Nie mają szytek, nie mają wentyli… informują z uśmiechem, że najbliższy sklep w oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów stąd stolicy kraju – Podgoricy. Do 18.00, czyli ostatecznego terminu wstawienia roweru do strefy zmian pozostaje 1h. Sytuacja staje się nieciekawa. Zaczepiamy grupę Węgrów. Laszlo pomaga doraźnie, oferując cale tylne koło. Wymieniamy. Sztukowana czasówka wygląda tyle dziwnie co mało profesjonalnie. Ale jak się nie ma co się lubi… Udajemy się już do strefy, gdy zza zakrętu słyszymy glos Laszlo – „Guys, guys!” krzyczy – okazuje się że ma przyjaciela, który ratuje nas pełnym zestawem naprawczym i nowa szyteczką. Naprawiamy, wprowadzamy rower do strefy o 18.04. Uff, jakimś cudem zdążyliśmy.

Po powrocie odprawa u trenera. Dostajemy wytyczne, jedziemy z wykorzystaniem pomiaru mocy, czyli każdy kręci na swoich Watach. Każdy wg swoich aktualnych możliwości. Podobnie bieganie. Wojtek ustawia każdemu tempo jakie powinien wytrzymać w tych warunkach i obecnej dyspozycji. Zapada noc.

Śpimy w samym centrum Kotoru. Centra większości atrakcyjnych turystycznie miast i miasteczek jak wiadomo nie zasypiają. Okna naszego apartamentu są tuz obok jednej z dziesiątek cudownych knajp. Jest sobota, gorączka sobotniej nocy powoduje ze bity głośnej muzyki, zmieszane z przedstartowym zdenerwowaniem skutecznie niwelują próby zaśnięcia. Liczni turyści i mieszkańcy idą spać grubo po 2 w nocy. Zasypiamy o podobnej godzinie.

ZAWODY

Wstajemy o 5.30. Szybkie śniadanie i idziemy do strefy zmian. Nagle dwa potężne gromy podbijają nam ciśnienie i dodają kolejna porcje adrenaliny. Zapowiadana w prognozach pogody burza przypomina, ze dzisiaj mogą być dodatkowe, nie tylko sportowe, emocje.
Rozpoczęcie zawodów punktualnie o 7.00. Hymn Czarnogóry zagrzewa wszystkich do boju. Niemal 350 uczestników z kilkunastu krajów; Węgrzy, Rumuni, Czesi, reprezentanci Bośni i Hercegowiny, Rosjanie, Turcy, Słoweńcy, Horwaci, Czarnogórcy, Serbowie, Włosi i Polacy to najliczniej reprezentowane nacje.

Pływanie – wspaniały akwen, czysta woda, na początku jak zwykle pralka. Dwa potężne strzały w głowę i prawie gubię okulary. Po chwili lapie jednak rytm i w swoim tempie pokonuję dystans 1900 m.

Strefa zmian to sprawdzony system workowy i bardzo pomocni wolontariusze. Ruszamy na rowery. Zaskakująco kolejność wyjścia ze strefy jest odwrotna od kolejności skończonego pływania. Jak się okazuje Kuba – najszybszy po etapie wodnym – ma problemy z kaskiem, a Maciek (gapcio) zmienia ubranko w swoim, lekko nostalgicznym tempie. Po 3 km wszystko wraca do normy, mija mnie Kuba, którego zadaniem była jazda w okolicy 240 W. Ciśnie, jest mocny, przy moich – niedokręconych ostatecznie 200 W – robi na całym dystansie ponad 10 min. przewagę.

Oczywiście zawody rozgrywane są w konwencji non drafting z karami 😉 za jazdę na kole. Oczywiście jak zwykle poza pierwsza 50 tworzą się liczne, formalne lub mniej formalne grupy. Chłopaki z różnych nacji formują pociągi i gnają, przy próbie wyprzedzenia tracisz sporo energii, a grupa która wyprzedzasz i tak potem objeżdża cię z kretesem. Respektowanie konwencji non drafting przypomina grę w rosyjska ruletkę lub zatrzymywanie się przed przejściem dla pieszych. Ty się zatrzymujesz, ale jadący obok, drugim pasem zasuwa w najlepsze….

Dojazd do strefy II – pomocny wolontariusz ochoczo pakuje do wora wszystko co z siebie ściągam, po chwili konstatuje ze zabiera również okulary. Wołam, w ostatniej chwili aby wrócił i wspólnymi silami wyciągamy okulary. Przydają się – słońce prazy już dość mocno. Bieg nad brzegiem zatoki po asfaltowym deptaku wśród licznej grupy tubylców i kibiców daje dużo pozytywnej energii. Jest coraz cieplej.

Powietrze stoi. Liczne kubki z wodą lądują na rozgrzanej głowie. Na szczęście biegnę w czapce, ale i tak w okolicy 15 kilometra czuje znane mrowienie w okolicy karku. Niedobrze, wchodzą pierwsze objawy przegrzania. W sukurs przychodzi pogoda. Burza, która anonsowała kilka godzin temu swoje nadejście przychodzi w najlepszym z możliwych momencie. Coraz liczniejsze krople deszczu przechodzą w mała ulewę, która wspaniałe chłodzi rozgrzane ciało.

Dwie dziesięciokilometrowe pętle znakomicie pokazują miejsce w szeregu. Doskonale widzisz swoją pozycje i możesz przy okazji przybić piątkę ze swoimi ziomami. Przybijam z Kubą, przybijam z Maćkiem, przy każdej nawrotce zbliżam się coraz bardziej do Kuby (pechowy start – po zawodach dowiaduję się, że podczas biegu postanawia sprawdzić sanitariaty w przydrożnej restauracji 😉 a na trasie rowerowej niemal gubi niedokręcona należycie lemondkę).

Meta, ostatnie metry, biegnący obok Włoch proponuje wspólne wbiegniecie na start – i zaczyna sprint, nie odpuszczam i na metę wpadam tuż, tuż za nim.

Regeneracja, pamiątkowa koszulka finishera, masaż, zimne piwo, posiłek regeneracyjny, stoliki w cieniu palm. Ciepło i milo. Błogość przerywa trener, który dziwi się ze nie jesteśmy zmęczeni. Może ma racje, ale w tak pięknych okolicznościach przyrody kwestia wyniku jest sprawa drugorzędną 😉 Wracamy do apartamentów cieszyć się Kotorem. Wygłodniali po utracie solidnej ilości kalorii zaliczamy kolejne regeneracyjne piwo i kieliszek rakiji w poddomowej knajpie, idziemy kosztować owoców morza i ostatecznie lądujemy w nadmorskiej restauracji, która serwuje posiłki godne prawdziwych triatlonistów.

Na koniec dnia maszerujemy jeszcze z Ariadną na otaczające Kotor mury obronne. Wspinaczka po tysiącach schodów twa ponad 30 min. ale widok z góry zapiera dech w piersiach. Szkoda, że jest już po zmroku, za dnia Kotor z tej perspektywy musiałby robić jeszcze większe wrażenie.

Zmęczeni idziemy spać, jutro wracamy do Polski. Wczesny wyjazd determinuje brak możliwości skorzystania z pełnych przyjemności jakie oferują tutejsze liczne, otwarte niemal do samego rana knajpki i kawiarenki.


Powrót przez Chorwację, Węgry, Słowację i Czechy dłuży się. Pomimo, że niemal cały czas pędzimy autostradami to czas przejazdu zbliżony jest do drogi w tamtą stronę, gdy podróżowaliśmy „na skróty” przez Bośnię i Hercegowinę. Po 19 h jazdy jesteśmy w Krakowie. Wojtek zapowiada, że w przyszłym roku pojedziemy całym autobusem, albo dwoma… Trzymamy za słowo trenerze!

Piotr Górnisiewicz

Foto:  Ariadna Zawada (głównie koty;)
Wojtek, Mazurkiewicz, Piotr Górnisiewicz